fotografia jako nieograniczony świat niespodzianek

Gdy zacząłem zabawę z fotografią nie spodziewałem się, że do jej poznania będę potrzebował tylu lat. Na dzień dzisiejszy minęło tylko trzy a wiem, że to dopiero kropla w całym morzu.

Zatrzymać się jedynie przy fotografii weselnej, czyli inaczej mówiąc – chałturniczej to nie to, czego bym oczekiwał. Zdałem sobie sprawę, że z puszek można wyciągnąć znacznie więcej. Oczywiście do pomocy potrzebne są jednak photoshopy, które dadzą mi oczekiwany efekt końcowy.

Zatrzymanie chwili w kadrze to czysta przyjemność. Tym bardziej, że nie musisz przy jednym zdjęciu spędzać godzin aby uzyskać cudo. Są jednak takie zdjęcia, które wymagają zabawy. Tym bardziej gdy podchodzisz do pewnego projektu pierwszy raz. Później robi się tylko kwestia kilku kliknięć, ręka sama wie co ma robić.

Portal taki jak instagram to świetna skarbnica wiedzy jednak tylko tej finalnej. Ciężko jest tam odnaleźć tutoriale, które ukażą tobie jak krok po kroku dojść do pięknego obrazu. Jednak inspiracja jest ogromna. W ten oto sposób postanowiłem zrobić coś nowego. Pobawić się w “pastelowe zdjęcia”, o ile tak to mogę nazwać.

Siostra chyba nie była na to przygotowana. Tym bardziej, że nie wiedziała jaki efekt końcowy chciałbym uzyskać. Jednak jeszcze przed próbą stworzenia czegoś nowego zabrałem ją na sesję zdjęciową w plenerze o której możesz przeczytać we wpisie Patrycja Kaweńska – sesja zdjęciowa. Prawdę powiedziawszy zależało mi bardziej na tej drugiej części. Czyli na tej co teraz czytasz.

Przyjechaliśmy do domu. Wpierw zabraliśmy się za zrobienie herbaty. W sumie to ona to zrobiła. Kolejnym punktem były światełka. Od kilku dni prosiłem żeby cokolwiek załatwiła ale bez kolorów jak na choince. Chciałem białe. Całkowicie wyleciało mi z głowy, że posiadam takie w “swoich czterech ścianach”. Schody rozpoczęły się gdy tylko zacząłem je rozplątywać. Zabawa na zasadzie wyciągnięcia słuchawek z kieszeni i chęci posłuchania muzyki. Wraz z chęcią ogromne nerwy – “Ale ty długo to rozplątujesz” – “Aaaa!! Kurde!” – “Czego się drzesz?” – “Bo się połamało” – “Lampki?” – “Nie, kawałek drzewka”.

W końcu się udało. Przyszedł czas na to na co tak długo czekałem. Nie tylko spróbowanie nowej puszki ale i spróbowanie czegoś nowego. Zbyt dużo nie potrzebowałem. Wystarczyło mi miejsce, wcześniej wspomniane lampki no i przede wszystkim modelka z którą umówiłem się wcześniej, kilka dni wcześniej. Może to trochę dziwnie brzmi ale tak, musiałem się umawiać z siostrą na konkretny termin i godzinę.

Zaczęliśmy działać. Przeglądając zdjęcia jeszcze w aparacie chyba nie do końca widziałem efekt końcowy. Dopiero po zgraniu na komputer i po wstępnych obróbkach wiedziałem, że jest to, czyli efekt na który czekałem miesiącami. Może nie do końca ten z instagrama ale jak na początek – chyba może być.

Na karcie pamięci zapisałem 33 fotografie. Wybrałem zaledwie pięć. Co prawda robiłem zdjęcia z puszki 60d jednak większą magię zrobił 6d. Korzystałem z dwóch obiektywów: każda puszka miała swój. Ten nowszy model miał załączone 50 mm natomiast moje pierwsze dziecko – 24mm.  Czas ekspozycji wahał się od 60 do 50s. Zatem różnicy wielkiej nie było. Przysłona, niezależnie od wcześniejszego parametru, ustawiona była na f/2. Nie bawiłem się w photoshopie. Na ten moment i co za tym idzie, uzyskanie wcześniej założonego celu wystarczył mi lightroom.

Leave a Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *